Sunday, 6 January 2013

W Anglii sobie byłam...

... zamiast miodu i wina, herbatę angielską piłam, a co widziałam, to opowiedziałam ;) :D

Historyjkę można by zatytułować tak:


Angielski anioł

W życiu człowieka  przydarzają się na szczęście nie tylko trudy i cierpienia ale także historie, które wspomina się z "bananem na ustach" (tłumaczenie ze słownika bardzo współczesnej polszczyzny: uśmiech, który kończy się za uszami ;) ). Jedna z nich przydarzyła mi się podczas pobytu w słynnej, angielskiej, nadoceanicznej miejscowości, znanej z tego, iż ciężko spotkać tam ocean... nawet na plaży ;)

Jako, że udało nam się do spółki z synem wykończyć akumulatorki w słuchawce telefonicznej, poczułam się w obowiązku kupić nowe. Dzielnie wybrałam się do supermarketu, mając nadzieję, że w ten sposób ominę konieczność komunikowania się ze sprzedawcami, jako, że, nawet wyuczony przeze mnie na wszelki wypadek tekst: "am sorry, aj dont anderstend", wywoływał w Anglikach autentycznie wstrząsające uczucie zdumienia i sakramentalne pytanie: "ŁOT"??!! - koniecznie z dwoma znakami zapytania (po jednym w każdym oku) i dwoma wykrzyknikami (którym odpowiadały maksymalnie uniesione brwi)...
Ponieważ zupełnie nie pojmowałam, jak mogą nie rozumieć powyższego zdania, wypowiadanego przecież w ich ojczystym języku, starałam się maksymalnie omijać niebezpieczne dla mnie rafy konwersacji... Wytłumaczyć niestety nie mogłam, że w czasie przypisanym nauce, wtłaczano we mnie język rosyjski i jedynie w takowym - poza ojczystym - jestem w stanie porozumiewać się, a i to: "nie mnożka".
Tak więc zabrawszy ze sobą zużyty akumulatorek (czym unieruchomiłam jedyny w domu telefon na dobre 3 godziny :D) i wszedłszy do marketu, stanęłam przed półką z bateriami. Było ich ok. pół miliona (no dobra, przesadzam, jedynie ze 400 tys...) i ŻADNA z nich nie wyglądała jak moja, ani nawet nie była tej firmy.
Postanowiłam wykorzystać swoje detektywistyczne zdolności i zastosować metodę analizy porównawczej (w końcu nie musisz znać języka, by zauważyć, że na bateryjkach wyrazy są inne niż na akumulatorkach) tyle, że okazało się iż literki są maleńkie i nie widzę ani jednej  - zaś okulary zostały w domu (40 min szybkim spacerem).
W momencie w którym zaczęłam kwestionować wysokość swojego ilorazu inteligencji, usłyszałam, że ktoś za moimi plecami mówi do mnie i to po angielsku. NIGDY, żaden tubylca, z własnej, nie przymuszonej przeze mnie woli, nie zaczepił mnie. Tak więc, zdumiona, wykonawszy wdzięczny półobrót, ujrzałam mężczyznę w średnim wieku, o angielskim typie urody, wyglądającego, jakby był nieco "po przejściach". Z szerokim uśmiechem na twarzy wciąż jeszcze mówił do mnie w języku Szekspira. Jedyne, czego byłam pewna to faktu, że nie była to kwestia Hamleta, bo tę bym rozpoznała: "tu bi, or not tu bi"; choć: "tu być, wrrr, nie tu być akumulatorek" niewątpliwie brzmi po polskiemu podobnie...
Nie nauczona niczego poprzednimi zdarzeniami, rozłożyłam szeroko ręce i z blondynkowym uśmiechem odrzekłam swoją nieśmiertelną kwestię: "am sorry, aj dont anderstend"... na co zareagował chwilowym popadnięciem w stupor. Na szczęście, nim wezwałam pomoc, złapał oddech i wykrztusił z siebie zdumione, zdaje się tradycyjne dla Anglików: "łot?!"
Moje możliwości porozumienia z nim zupełnie się skończyły. Pozostałe znane mi zdania czy słówka typu: "dont łorry bi hepi" lub co gorsza: "aj lowiu" mogły by jedynie zagmatwać i tak trudną dla nas sytuację.
Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech zrozumienia: "aaaa... - rzekł radośnie, - polisz?
"Nie polę" - powinnam pomyśleć, ale nie pomyślałam, zajęta zdumiewającym faktem, iż tak bezbłędnie rozpoznał moją przynależność etniczną. Zastanawiałam się czy naprowadziła go moja niewątpliwie słowiańska uroda jedynie nieco upływem czasu nadgryziona, czy też nieznajomość cywilizowanych języków.
"Polisz" - potwierdziłam skromnie, czym wywołałam radosną falę "polskich" słówek typu: "czeszcz". Po czwartym zamilknął zorientowawszy się, że rozumiem jego język polski jak on mój angielski, po czym przeszedł do działań bezpośrednich: delikatnie wyjął z mojej dłoni akumulatorek i po angielsku wytłumaczył mi, że te, których potrzebuję, znajdują się po prawej stronie na drugiej półce od góry i że mają tylko po 4 sztuki, po czym zdjął je z półki i włożył mi je do ręki. Zdumiona do kwadratu faktem, że mimo iż nie ROZUMIEM słów które do mnie mówił, jednocześnie doskonale WIEM co miał na myśli, zarażona jego an(g)ielską radością, serdecznie podziękowałam mu, powtarzając wielokrotnie: "tenk ju, werry, werry tenk". On odpowiedział coś w rodzaju: "nie ma za co, nie ma sprawy" i oddalił się.

Po uiszczeniu słonej należności, udałam się do wyjścia w stanie najdoskonalszej błogości i wniebowzięcia. Wchodzący do sklepu, widząc mój niezwykle szeroki uśmiech i błogostan promieniujący na wiele metrów naprzód, robili dwie rzeczy: najpierw odpowiadali równie szerokim uśmiechem, a następnie omijali mnie - na wszelki wypadek - szerokim łukiem :D

Minęło kilka tygodni, a spotkanie z moim an(g)ielskim pomocnikiem, wciąż wywołuje mi na twarzy i w sercu, ten sam uśmiech i uczucie błogostanu...
Panie, błogosław mojemu aniołowi kimkolwiek i gdziekolwiek jest...

No comments:

Post a Comment