Nie tylko ja zastanawiam się jaki sens ma prowadzenie bloga. Na pewno łatwiej jest zamieścić tutorial. Ale dotąd ich nie zamieszczałam ;)
Może po protu pokażę kilka prac zamiast filozofować ;)
Troszkę się przeprosiłam z Jaśnie Panem Aparatem na razie przy sporej pomocy Lightrooma, który chętnie i nie wymawiając, koryguje moje błędy a raczej niewiedzę. Ostatnio wzięłam sobie do serca nauczania 'youtubowych' fotografów i po trzech (!!) latach posiadania aparatu zaczęłam czytać instrukcję obsługi. Za bardzo przejęłam się poleceniem, że zdjęcia po prostu trzeba robić a wtedy się nauczysz. Jednak trzeba było przeprosić się z instrukcją i już odkryłam kilka możliwości poprawienia jakości zdjęć. Kółko fotograficzne nauczyło mnie posługiwania się aparatami analogowymi. Cyfrówki to jednak trochę inna bajka...
Na szczęście nie wpadłam na pomysł aby robić zdjęcia metodą Krudów (polecam, świetny film animowany), bo raczej dla JPA byłby to ostatni dzień życia ;))))
Notes A4 mixed media:
Showing posts with label pogadałam sobie.... Show all posts
Showing posts with label pogadałam sobie.... Show all posts
Tuesday, 23 July 2019
Sunday, 13 August 2017
Pełen odlot...
Przez ostatnich 20 lat marzyłam... Przed moim oknem kilka razy dziennie przelatywały samoloty w drodze na lotnisko. Kilka razy dziennie podchodziłam do okna i patrzyłam... I łzy mi leciały... I wiedziałam, że to nie o te ogromne chodzi a o małe awionetki.
Wracając do zajęć, przez ostatnich 20 lat zastanawiałam się, czy mam po kolei pod sufitem. Nie mam... Bo kto w wieku 53 lat płacze na widok samolociku??? Kto słyszał, by dynie latały ;))) I to ślepnące stare dynie... (Była jedna taka, co się karocą stała, ale nie w głowie mi wożenie panienek na bal)...
Życie i Pan Bóg potrafią zaskakiwać. Tydzień temu moje dzieci pracowały przez dwa upalne dni a zarobione pieniądze przeznaczyły na wykupienie dla mnie lotu awionetką nad miastem...
3 dni później nastąpił wielki dzień. Okazało się, że dynie latają i nic w tym dziwnego - pilot nie przypominał tyczki ;))) Tak więc wsiadłam do samolociku tuż obok (bardzo tuż obok ;)) ) pilota, dzieci wsiadły z tyłu i...
... klekocząc, stukając, dygocząc, jęcząc awionetka ruszyła po trawie a ja zastanawiałam się czy zgubimy coś po drodze i czy zostanę tylko ja i fotel... ;))
Dojechaliśmy do pasa startowego i chwilę później unosiliśmy się nad Toruniem. Jako, że zazwyczaj 4 x w roku latam samolotem, jeno siedząc w brzuchu wieloryba, zmiany ciśnienia, wznoszenie, opadanie i turbulencje nie są dla mnie nowością. Nowością było siedzenie na grzbiecie małego karpia - tak jak na wodzie jest różnica między balią a np. promem, tak samo jest tam wysoko. To co dla oceanicznego olbrzyma jest jedynie podmuchem, falą, dla malutkiej 4 - osobowej awionetki było jak fale w wietrzny dzień. Każdy podmuch bujał nami na boki, w górę lub w dół, sprawiał, że albo pędziliśmy albo "staliśmy w miejscu". Do tego stały huk motoru i upał w kabinie. Czym tu się zachwycać???
A jednak z każdą chwilą moje oczy świeciły bardziej i kiedy wysiadłam po 20 minutach, które minęły jak chwila, byłam inną osobą. Wiem, że kiedy następnym razem wsiądę do awionetki, to ja będę siedziała za sterem...
Czy to w mojej sytuacji jest w ogóle możliwe??? :D
Toruń przez szybkę:
Spełnienia marzeń wszystkim tuzaglądaczom życzę :D
Wracając do zajęć, przez ostatnich 20 lat zastanawiałam się, czy mam po kolei pod sufitem. Nie mam... Bo kto w wieku 53 lat płacze na widok samolociku??? Kto słyszał, by dynie latały ;))) I to ślepnące stare dynie... (Była jedna taka, co się karocą stała, ale nie w głowie mi wożenie panienek na bal)...
Życie i Pan Bóg potrafią zaskakiwać. Tydzień temu moje dzieci pracowały przez dwa upalne dni a zarobione pieniądze przeznaczyły na wykupienie dla mnie lotu awionetką nad miastem...
3 dni później nastąpił wielki dzień. Okazało się, że dynie latają i nic w tym dziwnego - pilot nie przypominał tyczki ;))) Tak więc wsiadłam do samolociku tuż obok (bardzo tuż obok ;)) ) pilota, dzieci wsiadły z tyłu i...
... klekocząc, stukając, dygocząc, jęcząc awionetka ruszyła po trawie a ja zastanawiałam się czy zgubimy coś po drodze i czy zostanę tylko ja i fotel... ;))
Dojechaliśmy do pasa startowego i chwilę później unosiliśmy się nad Toruniem. Jako, że zazwyczaj 4 x w roku latam samolotem, jeno siedząc w brzuchu wieloryba, zmiany ciśnienia, wznoszenie, opadanie i turbulencje nie są dla mnie nowością. Nowością było siedzenie na grzbiecie małego karpia - tak jak na wodzie jest różnica między balią a np. promem, tak samo jest tam wysoko. To co dla oceanicznego olbrzyma jest jedynie podmuchem, falą, dla malutkiej 4 - osobowej awionetki było jak fale w wietrzny dzień. Każdy podmuch bujał nami na boki, w górę lub w dół, sprawiał, że albo pędziliśmy albo "staliśmy w miejscu". Do tego stały huk motoru i upał w kabinie. Czym tu się zachwycać???
A jednak z każdą chwilą moje oczy świeciły bardziej i kiedy wysiadłam po 20 minutach, które minęły jak chwila, byłam inną osobą. Wiem, że kiedy następnym razem wsiądę do awionetki, to ja będę siedziała za sterem...
Czy to w mojej sytuacji jest w ogóle możliwe??? :D
Toruń przez szybkę:
Spełnienia marzeń wszystkim tuzaglądaczom życzę :D
Sunday, 6 August 2017
San Balcono...
Włoskie temperatury całkowicie uzasadniają nazwę kurortu w jakim wypoczywam - jeśli można wypoczywać w takiej temperaturze, hłe, hłe, hłe...
Niezwykłe, zapierające dech piękno, spotykamy nie tylko w miejscach takich jak Włochy czy Grecja. To raczej właściwość naszych oczu czy bardziej serca, które mimo zła i nieszczęść, kurczowo trzyma się wiary w dobro i piękno i nie pozwala goryczy czy cynizmowi zapanować nad widzeniem świata.
Czy to jest łatwe? W dzisiejszych czasach i przy tym co sobie nawzajem robimy, raczej jest to bohaterstwo... :/
No to sobie pofilozofowałam, a teraz będą zdjęcia o romantycznej nazwie:
Niezwykłe, zapierające dech piękno, spotykamy nie tylko w miejscach takich jak Włochy czy Grecja. To raczej właściwość naszych oczu czy bardziej serca, które mimo zła i nieszczęść, kurczowo trzyma się wiary w dobro i piękno i nie pozwala goryczy czy cynizmowi zapanować nad widzeniem świata.
Czy to jest łatwe? W dzisiejszych czasach i przy tym co sobie nawzajem robimy, raczej jest to bohaterstwo... :/
No to sobie pofilozofowałam, a teraz będą zdjęcia o romantycznej nazwie:
Noce w San Balcono...
Sunday, 30 July 2017
Wakacje, wakacje...
Wakacje w całej pełni także i dla mnie. Jak wielu innych dokonałam przemieszczenia w przestrzeni (na szczęście w czasie już nie ;)) ) i zamieniłam małe angielskie miasteczko leżące nad pustynią o wdzięcznej i nieco przekornej nazwie: Morze Irlandzkie, na duże miasto w Polszcze, zwane z dawna Toruń. Toruń jaki jest każdy wie, przedstawiać go nie trzeba ;)
Tak więc mieszkam sobie w historycznem mnieście, jako kultularna osoba zwiedzam historyczne mniejsca, takie jak Lodziarnia Lenkiewicza czy mój ulubiony bardzo historyczny budynek (będzie mniał z 6 lat??) KFC na Rubinkowie.
Nie ma się co śmiać... Lenkiewicz a raczej jego lody pistacjowe to pasja mojej córy a KFC moja... O ile w Anglii McDonald jest o całe niebo lepszy, o tyle KFC nawet się nie umywa ;D W zimowe angielskie dni, tęsknimy za chrupiącymi, ostrymi stripsami, że o skrzydełkach nie wspomnę :D
Że niby to takie mało kulturalne? Niekoniecznie, jeżeli wziąć pod uwagę kulturę kulinarną ;D
Jednakowoż śpieszę donieść, że część kulturalno-historyczna również się odbyła: zamieszkaliśmy w forcie IV zbudowanym przez Prusaków jeszcze przed pierwszą wojną światową, jedliśmy posiłki tamże, jak również dwukrotnie zwiedzaliśmy wszelkie zakamarki. Najstraszniejszym miejscem - przy którym tunel z noclegownią dla nietoperków okazał się miejscem równie miłym jak sala w przedszkolu - było skrzyżowanie tuneli które służyło do komunikacji (wystarczyło głośno krzyknąć by być wszędzie słyszanym). Pan dyrektor Chojnowski który nas uprzejmie po forcie oprowadzał, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, chcąc zaprezentować doskonałą akustykę miejsca, zaproponował mojej córce aby krzyknęła. Błogą ciszę rozdarł straszliwy dźwięk (wydany głosem ostrym a potężnym) przypominający zgrzytanie po wielu szybach noży, styropianu i nie wiadomo jeszcze czego. Głos odbijał się od ścian w tunelach i wracał zwielokrotnionym echem...
Osłupiały i wstrząśnięty do granic przewodnik dopiero po chwili złapał głębszy oddech. Z niedowierzaniem patrzył na Gabrielę - chyba nie chciałabym wiedzieć CO myślał...
Ja do dziś nie mogę otrząsnąć się z uczucia grozy... zupełnie jakby w tym dźwięku zawarty był krzyk dusz setek żołnierzy, którzy jęczeli pod pruskim ordungiem... Nie wiedziałam, że ludzkie, 17 - letnie dziewczyńskie gardło, jest w stanie wydobyć tak straszliwe dźwięki... ;)
A oto milion zdjęć:
PS. Właśnie dowiedziałam się, że na forcie jest organizowana "wycieczka z duchami"... Może Gabi powinna zatrudnić się jako główna atrakcja??? :D
Tak więc mieszkam sobie w historycznem mnieście, jako kultularna osoba zwiedzam historyczne mniejsca, takie jak Lodziarnia Lenkiewicza czy mój ulubiony bardzo historyczny budynek (będzie mniał z 6 lat??) KFC na Rubinkowie.
Nie ma się co śmiać... Lenkiewicz a raczej jego lody pistacjowe to pasja mojej córy a KFC moja... O ile w Anglii McDonald jest o całe niebo lepszy, o tyle KFC nawet się nie umywa ;D W zimowe angielskie dni, tęsknimy za chrupiącymi, ostrymi stripsami, że o skrzydełkach nie wspomnę :D
Że niby to takie mało kulturalne? Niekoniecznie, jeżeli wziąć pod uwagę kulturę kulinarną ;D
Jednakowoż śpieszę donieść, że część kulturalno-historyczna również się odbyła: zamieszkaliśmy w forcie IV zbudowanym przez Prusaków jeszcze przed pierwszą wojną światową, jedliśmy posiłki tamże, jak również dwukrotnie zwiedzaliśmy wszelkie zakamarki. Najstraszniejszym miejscem - przy którym tunel z noclegownią dla nietoperków okazał się miejscem równie miłym jak sala w przedszkolu - było skrzyżowanie tuneli które służyło do komunikacji (wystarczyło głośno krzyknąć by być wszędzie słyszanym). Pan dyrektor Chojnowski który nas uprzejmie po forcie oprowadzał, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, chcąc zaprezentować doskonałą akustykę miejsca, zaproponował mojej córce aby krzyknęła. Błogą ciszę rozdarł straszliwy dźwięk (wydany głosem ostrym a potężnym) przypominający zgrzytanie po wielu szybach noży, styropianu i nie wiadomo jeszcze czego. Głos odbijał się od ścian w tunelach i wracał zwielokrotnionym echem...
Osłupiały i wstrząśnięty do granic przewodnik dopiero po chwili złapał głębszy oddech. Z niedowierzaniem patrzył na Gabrielę - chyba nie chciałabym wiedzieć CO myślał...
Ja do dziś nie mogę otrząsnąć się z uczucia grozy... zupełnie jakby w tym dźwięku zawarty był krzyk dusz setek żołnierzy, którzy jęczeli pod pruskim ordungiem... Nie wiedziałam, że ludzkie, 17 - letnie dziewczyńskie gardło, jest w stanie wydobyć tak straszliwe dźwięki... ;)
A oto milion zdjęć:
Subscribe to:
Posts (Atom)























