Sunday, 13 August 2017

Pełen odlot...

Przez ostatnich 20 lat marzyłam... Przed moim oknem kilka razy dziennie przelatywały samoloty w drodze na lotnisko. Kilka razy dziennie podchodziłam do okna i patrzyłam... I łzy mi leciały... I wiedziałam, że to nie o te ogromne chodzi a o małe awionetki.
Wracając do zajęć, przez ostatnich 20 lat zastanawiałam się, czy mam po kolei pod sufitem. Nie mam... Bo kto w wieku 53 lat płacze na widok samolociku??? Kto słyszał, by dynie latały ;))) I to ślepnące stare dynie... (Była jedna taka, co się karocą stała, ale nie w głowie mi wożenie panienek na bal)...
Życie i Pan Bóg potrafią zaskakiwać. Tydzień temu moje dzieci pracowały przez dwa upalne dni a zarobione pieniądze przeznaczyły na wykupienie dla mnie lotu awionetką nad miastem...
3 dni później nastąpił wielki dzień. Okazało się, że dynie latają i nic w tym dziwnego - pilot nie przypominał tyczki ;))) Tak więc wsiadłam do samolociku tuż obok (bardzo tuż obok ;)) ) pilota, dzieci wsiadły z tyłu i...
... klekocząc, stukając, dygocząc, jęcząc awionetka ruszyła po trawie a ja zastanawiałam się czy zgubimy coś po drodze i czy zostanę tylko ja i fotel... ;))
Dojechaliśmy do pasa startowego i chwilę później unosiliśmy się nad Toruniem. Jako, że zazwyczaj 4 x w roku latam samolotem, jeno siedząc w brzuchu wieloryba, zmiany ciśnienia, wznoszenie, opadanie i turbulencje nie są dla mnie nowością. Nowością było siedzenie na grzbiecie małego karpia - tak jak na wodzie jest różnica między balią a np. promem, tak samo jest tam wysoko. To co dla oceanicznego olbrzyma jest  jedynie podmuchem, falą, dla malutkiej 4 - osobowej awionetki było jak fale w wietrzny dzień. Każdy podmuch bujał nami na boki, w górę lub w dół, sprawiał, że albo pędziliśmy albo "staliśmy w miejscu". Do tego stały huk motoru i upał w kabinie. Czym tu się zachwycać???
A jednak z każdą chwilą moje oczy świeciły bardziej i kiedy wysiadłam po 20 minutach, które minęły jak chwila, byłam inną osobą. Wiem, że kiedy następnym razem wsiądę do awionetki, to ja będę siedziała za sterem...
Czy to w mojej sytuacji jest w ogóle możliwe??? :D

Toruń przez szybkę:
















Spełnienia marzeń wszystkim tuzaglądaczom życzę :D

Sunday, 6 August 2017

San Balcono...

Włoskie temperatury całkowicie uzasadniają nazwę kurortu w jakim wypoczywam - jeśli można wypoczywać w takiej temperaturze, hłe, hłe, hłe...
Niezwykłe, zapierające dech piękno, spotykamy nie tylko w miejscach takich jak Włochy czy Grecja. To raczej właściwość naszych oczu czy bardziej serca, które mimo zła i nieszczęść, kurczowo trzyma się wiary w dobro i piękno i nie pozwala goryczy czy cynizmowi zapanować nad widzeniem świata.
Czy to jest łatwe? W dzisiejszych czasach i przy tym co sobie nawzajem robimy, raczej jest to bohaterstwo...  :/
No to sobie pofilozofowałam, a teraz będą zdjęcia o romantycznej nazwie:

Noce w San Balcono...






Sunday, 30 July 2017

Wakacje, wakacje...

Wakacje w całej pełni także i dla mnie. Jak wielu innych dokonałam przemieszczenia w przestrzeni (na szczęście w czasie już nie ;)) ) i zamieniłam małe angielskie miasteczko leżące nad pustynią o wdzięcznej i nieco przekornej nazwie: Morze Irlandzkie, na duże miasto w Polszcze, zwane z dawna Toruń. Toruń jaki jest każdy wie, przedstawiać go nie trzeba ;)
Tak więc mieszkam sobie w historycznem mnieście, jako kultularna osoba zwiedzam historyczne mniejsca, takie jak Lodziarnia Lenkiewicza czy mój ulubiony bardzo historyczny budynek (będzie mniał z 6 lat??) KFC na Rubinkowie.

Nie ma się co śmiać... Lenkiewicz a raczej jego lody pistacjowe to pasja mojej córy a KFC moja... O ile w Anglii McDonald jest o całe niebo lepszy, o tyle KFC nawet się nie umywa ;D W zimowe angielskie dni, tęsknimy za chrupiącymi, ostrymi stripsami, że o skrzydełkach nie wspomnę :D
Że niby to takie mało kulturalne? Niekoniecznie, jeżeli wziąć pod uwagę kulturę kulinarną ;D

Jednakowoż śpieszę donieść, że część kulturalno-historyczna również się odbyła: zamieszkaliśmy w forcie IV zbudowanym przez Prusaków jeszcze przed pierwszą wojną światową, jedliśmy posiłki tamże, jak również dwukrotnie zwiedzaliśmy wszelkie zakamarki. Najstraszniejszym miejscem - przy którym tunel z noclegownią dla nietoperków okazał się miejscem równie miłym jak sala w przedszkolu - było skrzyżowanie tuneli które służyło do komunikacji (wystarczyło głośno krzyknąć by być wszędzie słyszanym). Pan dyrektor Chojnowski który nas uprzejmie po forcie oprowadzał, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, chcąc zaprezentować doskonałą akustykę miejsca, zaproponował mojej córce aby krzyknęła. Błogą ciszę rozdarł straszliwy dźwięk (wydany  głosem ostrym a potężnym) przypominający zgrzytanie po wielu szybach noży, styropianu i nie wiadomo jeszcze czego. Głos odbijał się od ścian w tunelach i wracał zwielokrotnionym echem...
Osłupiały i wstrząśnięty do granic przewodnik dopiero po chwili złapał głębszy oddech. Z niedowierzaniem patrzył na Gabrielę - chyba nie chciałabym wiedzieć CO myślał...
Ja do dziś nie mogę otrząsnąć się z uczucia grozy... zupełnie jakby w tym dźwięku zawarty był krzyk dusz setek żołnierzy, którzy jęczeli pod pruskim ordungiem... Nie wiedziałam, że ludzkie, 17 - letnie dziewczyńskie gardło, jest w stanie wydobyć tak straszliwe dźwięki... ;)
A oto milion zdjęć: